poezja w zakończeniu palców, przemyśliwania, zakałapućkane pogwarki z przyjaciółki, pieprzoty dla Kota i koty, zahamowania nadmierne i wielkie moje ekshibicjonistyczne wymóżdżenia, śmiechałki i smętności a tekże wiele innych słów, być może nie do końca prawdziwych
środa, 13 kwietnia 2011
jesionkowe wiosenne wspomnienie
Poznaliśmy się bardzo dawno temu. Właściwie byłam zakompleksioną grubą dziewczynką i to bez zapałek. Gdzieś mnie zobaczył i ścigał swoimi niebieskimi bezdennie niepokojącymi oczami. Nie chciałam go znać i nie tak wyobrażałam sobie spotkanie księcia z bajki. Ścigałam swoje cienie.

Potem wyrosłam na piękną nastolatkę. Codzienne spotkania na ławce z grupą przyjaciół. On też tam był, zbliżał się do mnie i każdego dnia odprowadzał do domu, a ja go krzywdziłam na każdym kroku swoją ignorancją i niechęcią. Nie szczędziłam mu także brzydkich słów. A on przynosił mi białe róże i zostawiał na wycieraczce. I te smutne listy z cytatami z Mickiewicza, których nie lubiłam, które oplatały mnie jak sieć pajęcza. Nie chciałam tego, ale zakochał się we mnie, aż w końcu i ja w nim. Jakoś się stało, w górach na Wielkiej Polanie, zapach drewna butwiejącego i mchu. Łaskotki i śmiech, a potem długie chodzenie za ręce i patrzenie w oczy.

Powiesiliśmy się na sobie, ja chciałam zostać koniem pociągowym, a on chciał całe swoje życie uzależnić ode mnie. Postanowiliśmy być razem, ale wtedy pojawiła się ta trzecia osoba. On dokonał wyboru, a ja zostałam sama...
Z bólem i trudem ale zakwitłam na nowo i pogodziłam się z odrzuceniem...

Minęło 10 lat bez mała. On z tamtą dziewczyną, którą wtedy pokochał ma dwójkę dzieci, a ja układam się ciągle jeszcze. Cieszyłam się, że trafili na siebie bo nie było między nimi odrzuceń i zranień jak u nas. Pasowali do siebie, w pewnym sensie. Lubię teraz to co zdarzyło się wtedy między nami, daliśmy sobie sporą szkołę tak myślę.
Dwa dni temu zmarł. Jest mi smutno i nawet nie wiem co powiedzieć. W piątek trzeba się będzie pożegnać. Nigdy nie dowiem się wszystkiego, choć nawet gdyby żył pewnie by i tak do tego ni doszło, nie wiem sama...

Nie ma już nikogo, kto by pamiętał tamtą dziewczynę, którą wtedy byłam i nikogo kto ją znał tak blisko jak on.
21:53, dzikobycie , spotkania
Link Komentarze (1) »
czwartek, 27 stycznia 2011
mrugnięcie okiem złośliwej mrówy :)
polecam bardzo Fabrykę Klamek Grzegorza Turnaua, dla tych co lubią piosenkę z tekstem z wielokrotnością dźwięków, gdzie pływają jazzowe rytmy i dworskie ukłony...
Tak naprawdę na tym chciałam zakończyć mój wpis :)
Weszłam tylko sprawdzić, czy jeszcze wisi tutaj mój blog, i wiecie?
Największym powodzeniem cieszy się mój wpis o Marii Malczewskiego, aż tak ciężko samemu wymyślić o czym to jest? :)

W moim żółtym poddaszu zima się mocno trzyma...

muzycznie polecić bym chciała na te zimowe wciąż za długie wieczory Goodspeed You! Black Emperor, po ostatnim koncercie w Poznaniu już nigdy nie powiem, że nie dorosłam do słuchania tej muzyki...

pozdrawiam jeśli ktoś tu jeszcze zagląda...
21:10, dzikobycie
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 20 lipca 2009
O co nas pytał Kołakowski?

Nie potrafię wyrazić żalu, który noszę w sobie od piątkowego wieczoru. Przeczytanie i zrozumienie - odczucie wszystkich słów Pana Profesora zajmie mi na pewno dużo czasu, być może całe życie. Recepta na długowiczność zawiera się w tych wartościach, które nosimy w sobie i w życiu w zgodzie z nimi. Nie koniecznie trzeba tak samo odpowiadać na te pytania o prawdę, o uczciwość, o mądrość, o Boga, w taki sposób w jaki odpowiadają filozofowie, ważne, żeby sobie na te pytania odpowiadać i żeby żyć zgodnie w tym, co na ten temat myślimy.

Bardzo piękne wspomnienie Pana Prof. Władysława Bartoszewskiego w TVN24 pozwala pochylac się też nad Leszkiem Kołakowskim jako nad cżłowiekiem, mądrym ale i dobrym, o sympatycznym sposobie bycia, miałam okazję zaobserwować to kiedyś podczas jednego ze spotkań w Krakowie, które odbywały się kilkakrotnie w Auditorium Maximus na UJ. Jak powiedział Wł. Bartoszewski - było toś w osobie Pana Profesora takiego, że każdy człowiek czuł się przy nim wyjątkowo - ja też tak się poczułam, choć było oprócz mnie na tym spotkaniu pewnie kilka tysięcy osób...

Stratę tę traktuję szalenie osobiście... naprawdę...

16:55, dzikobycie , spotkania
Link Komentarze (1) »
czwartek, 16 lipca 2009
Na wolnym powietrzu...

Wczorajsza wieczorna rozmowa z Kotem o zagrożeniach cywilizacyjnych... niemalże i spłycając. Ciekawe, że miałam problem ze zrealizowaniem tego tematu w szkole podczas praktyk pedagogicznych, no ale jednak to z dzieciakami trochę inaczej... Jak można odciąć sie od zalewu informacji, od ciśnienia społecznego, od brudu polityki, czy można wyjść z cywilizacji i osiąść w miejscu całkowicie wolnym od tego - Bieszczady w naszej rozmowie.

Czy odcięcie się na zasadzie ucieczki z miasta jest dobrą receptą? Nie akceptujemy przecież pewnych zachowań u ludzi, na których jesteśmy skazani - w pracy, w tramwaju, na ulicy, w sklepie. Od ludzi, którzy są zamkniętymi i twardogłowymi kukiełkami, twkiącymi w schematach, których radarem życia jest koniec własnego nosa i ponad to się nie wychylają. Czy zamieszkanie z dala od tego wszystkiego będzie wystarczającym lekarstwem?

A możne po prostu znaleźć pustynię w sobie (ja to nazywam pustynią, ktoś inny nazwie Bieszczadami albo jeziorem)? Może znaleźć tę pustynię w sobie - takie miejsce, dokąd się idzie aby pomysleć, przeanazliwać, złapać dystans do świata, skąd można wrócić lepszym, mocniejszym, głębszym o te kilka nowych przemyśleń, bo przecież z pustyni sie zawsze wraca...

To w kwestii nie zwariowania ze sobą, a swoją drogą naprawdę myślę, że z Kotem w naszym świecie - domu na żółtym poddaszu - stworzyliśmy sobie własną izolatkę, świat, w którym są inne reguły, dla nas dobre i prawdziwe  - jeszcze może niedopracowane, ale jednakowoż odległe od dżungli miasta... Kiedyś powiedziała mi o tym moja znajoma Dorota, to jest nasze własne królestwo i tego należy sie trzymać, czy świat oszaleje, czy też zgnije od mielizny językowej ciętych ripost i mnemoników ;) ...

Ciągle wraca film, o którym wspomniałam wczoraj, ciąle wraca... w taki lub inny sposób... i to jest dobry film, bo w taki sposób żyje w nas...

11:08, dzikobycie , myślnik
Link Komentarze (2) »
środa, 15 lipca 2009
Into The Wild

W pracy okropnie mało się dzieje, chyba wakacje na dobre sie rozgościły... chyba najwyraźniej tak jest. Przeglądam moje ulubione portale wizaz.pl, goldenline.pl, tygodnik.onet.pl. Sprzątam skrzynke z maili i zaczepiam znajomych na żiżi. Dziś zresztą nikogo nie ma.

Zmarł wczoraj wieczorem Zbigniew Zapasiewicz, fantastyczna kreacja aktorka w filmie "Życie jako śmiertelna choroba przenoszona droga płciową" - przypomniało mi się, ciekawe, czy dziś ten film podobałby mi się tak samo, jak wtedy kiedy go wiedziałam w kinie... Aktorsko do końca aktywny - ciekawe, że ludzie którzy całe życie pracują mózgiem umierają w pełni sił twórczych - podczas realizowania kolejnego wyzwania artystycznego. Szkoda, zawsze szkoda, jak ktoś zdrowy odchodzi, mógłby wszak pożyć jeszcze, wzruszyć i poruszyć...

Męczy mnie temat, który u mnie w pracy ostatnio się pojawia, a właściwie nie w pracy, tylko w mojej głowie - o egoizmie, a w zasadzie lepsze słowo będzie - egocentryzm, by okrreślić, o co mi chodzi. Nie chcę się roztkliwiać, ale chodzi generalnie o podejście niektórych osób _ "ja, ja, ja"... "ja to" i "ja tamto"... przeraża mnie to i pochłania, za mocno pochłania, w ramach szukania spokoju, powinnam zająć się moim "teraz", kotem i codziennością na żółtym poddaszu.

A.... i polecam wszystkim "Into The Wild", film, który porusza do głębi...

14:34, dzikobycie , myślnik
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 42